Skip to main content

„Narodowiec” i jego wkład w utrzymanie języka polskiego na Wychodźstwie

Referat wygłoszony na XXI sesji Stałej Konferencji MABPZ - Rzym 1999 r

„Narodowiec” i jego wkład w utrzymanie języka polskiego na Wychodźstwie

Referat wygłoszony na XXI sesji Stałej Konferencji MABPZ - Rzym 1999 r

W jedenastym rozdziale Księgi Rodzaju, Biblia opisuje nam budowę Wieży Babel i dramatyczne następstwa tej budowy.

„Mieszkańcy całej ziemi mieli jedna mowę, czyli jednakowe słowa” — zaznacza na wstępie. — „A gdy mieli już cegłę zamiast kamieni i smołę zamiast zaprawy murarskiej rzekli: „Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób uczynimy sobie znak, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi.”

Wiadomo, co nastąpiło potem. Bóg ukarał zarozumiałość ludzką pomieszaniem języków.

„W ten sposób — dodaje Pismo Święte — Pan rozproszy ich stamtąd po całej ziemi i tak nie dokończyli budowy tego miasta”.

Było to, jak widzimy, pierwsze wychodźstwo w dziejach świata i pierwsza w dziejach świata wzmianka o problemach językowych emigrantów, szukających daremnie wzajemnego zrozumienia.

Takie samo uzależnienie współpracy i twórczości ludzkiej od wspólnego języka, tym razem już nie odebranego, lecz przywróconego ludziom przez Boga, znajdujemy w Dziejach Apostolskich. Przypomniano je .nam nie dawniej jak w zeszłą niedzielę, z okazji Zielonych Świąt.

Nie wątpię ani na chwile, że Szanowni Państwo nie gapili się w tym czasie na sąsiadki lub sąsiadów, lecz słuchali nabożnie słów kaznodziei. Na wszelki jednak wypadek przypomnę Wam te słowa: „wszyscy — czytamy o Apostołach w drugim rozdziale tekstu — zostali napełnieni Duchem Świętym i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić”.

Dzieje Apostolskie zaznaczaj z naciskiem, że przebywali wtedy w Jerozolimie „pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem”. Pielgrzymi ci „zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku. „Czyż ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami — mówili pełni zdumienia i podziwu. — „Jakżeż więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty?”

Wniosek jest oczywisty: wspólny język, niezbędny dla wspólnego działania, to przede wszystkim identyczne zrozumienie treści przekazywanych informacji, a nie dobór takich czy innych słów.

Pismo »Narodowiec” nie było Pismem Świętym, a ja — długoletni jego dyrektor   — nie pretenduję do tytułu oficjalnego rzecznika Ducha Świętego. Niemniej jednak, zarówno mój ojciec, założyciel pisma, i jego redaktorzy, jak i ja sam i moi współpracownicy, świadomi byliśmy zawsze nie tylko podstawowego znaczenia języka polskiego dla Sprawy ojczystej, ale także faktu, że pierwszym celem języka nie jest taki czy inny dobór słów i efektów literackich, lecz wzajemne zrozumienie.

Wiadomo, zresztą, że w niektórych państwach znaleziono od dawna wspólny język obywatelski, mimo że mówi się tam więcej nie jednym tylko językiem oficjalnym. Najbardziej znanym jest przykład Szwajcarii, gdzie istniej aż cztery języki oficjalne, ale przytoczyć można i inne kraje, na przykład Finlandię, gdzie, oprócz rodzimego języka fińskiego „suomi”, używa się także języka szwedzkiego albo Irlandię, gdzie język angielski jest znacznie bardziej rozpowszechniony od celtyckiego języka irlandzkiego. Nie potrzeba, zresztą, szukać przykładów aż tak daleko. W samej Francji, mimo że oficjalnym językiem jest tylko język francuski, w różnych regionach słyszy się także wśród ludności rodzimej i inne języki flamandzki, bretoński, baskijski, kataloński, korsykański, bomby korsykańskie, prowansalski i alzacki — nie mówiąc już o narzeczach, częste niezrozumiałych dla osób władających wyłącznie tylko poprawną francuszczyzną.

Nie chodzi mi, oczywiście, o pomniejszanie roli języka w danym społeczeństwie, lecz o spojrzenie na te role z perspektywy całości problemów i życia narodu. Takie właśnie spojrzenie cechowało od początku stosunek „Narodowca” do jego czytelników. W walce o polskość zwracał się on zawsze w ich rodzimym języku do ludzi z najróżniejszych środowisk, z których każde posługiwało się własną odmianą języka polskiego. Skutki rozbiorów Ojczyzny i braku powszechnie znanej i uznawanej wykładni języka polskiego zmuszały go do tym większej czujności, gdyż uwydatniały jeszcze bardziej istniejące już uprzednio różnice. Zaznaczam jednak z naciskiem, że uwzględnianie tych różnic nie wynikało z bałaganu w redakcji „Narodowca”, lecz z chaosu w dziejach Polski. Jeżeli, w takich warunkach jak nasze, pismo miało się utrzymać i spełniać swoje zadanie, musiało ustawicznie poszukiwać wspólnego mianownika językowego.

Prostota w wyrażaniu się nie oznacza jednak ubóstwa myślowego. Wręcz przeciwnie. W arcydziele Szekspira „Romeo i Julia” krytycy wychwalają nie tylko kunszt jego uczuć i myśli, ale także całkowitą, życiową prostotę i przekazanie niektórych dialogów na przykład niańki z młodziutką Julią. Sam Chrystus wyraża się przecież także z ogromną prostotą i przekazanie Swej nauki powierzy zwykłym rybakom „A jednak, po dwóch tysiącach lat, największe umysły ludzkie nie zgłębiły jeszcze całego znaczenia Jego słów. Należy więc dobrze sobie uprzytomnić, raz na zawsze, iż głęboka myśl, to nie myśl ukryta głęboko w pustej głowie, lecz ściśle, możliwie jak najprostsze wyrażenie głębokiej prawdy. Sam Einstein poświęcił całe życie poszukiwaniu jednej, prostej formułki, streszczającej całość praw rządzących wszechświatem. By bowiem przekonany, iż prostota stanowi podstawową cechę całej rzeczywistości.

Niektórzy rzekomi inteligenci, wytykający „Narodowcowi” jego „chłopski” język, sądzą, że dopiero galimatias zawiłych, egzotycznie brzmiących zwrotów, niezrozumiałych nie tylko dla przeciętnego czytelnika ale często dla samego autora, stanowi miernik wartości tekstu. W poszukiwaniu szumnych dziwolągów, posunięto się do takich skrajności jak nazwanie „rozmieszczenia” wojska „dyslokacją”. Tymczasem każdy wie, że we Francji, Belgii, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Australii, Nowej Zelandii i innych krajach świata, dyslokacja oznacza „rozczłonkowanie”, „rozbicie”. Gdy więc czytamy w tekstach polskich, że „generał dokonał dyslokacji swojej armii”, dla człowieka zachodniego oznacza to, po prostu, że ciemniak rozbił własne wojsko. Wiadomo, co prawda, że Piłsudski w marszu na Kijów, a Śmigły Rydz podczas kampanii wrześniowej dokonali takich właśnie cudów, ale czy musimy się tym koniecznie przed światem chwalić?

Wynalazcy polskich pereł językowych nie poprzestali na tym jednym wyczynie! Krawat nazwali „ozdobnym zwisem męskim”, powidła '„dżemem” — czyli po angielsku, twardym jak rubin, czy diament drogim kamieniem. Jeżeli chcieli przez to powiedzieć, że na polskich powidłach można sobie wyłamać zęby, to cel ten osiągnęli niewątpliwie w całej pełni, ale jeżeli chcieli się tylko pochwalić znajomością angielskiego, to im to jakoś nie wyszło. Można by im też przypomnieć, że „slip” to, po angielsku, „halka”, dżentelmen, to liczba mnoga, a słowo „parking” w ogóle nie istnieje jako rzeczownik.

Nieco podobną sytuację znajdujemy w dziedzinie ortografii. Nie wątpię, że nasi rzeczoznawcy mogą wysunąć druzgocące argumenty dla uzasadnienia zmian w pisowni polskiej, które zwykłemu śmiertelnikowi, takiemu jak ja, wydaje się, mówiąc oględnie, dziwne. Dlaczego, na przykład, takie słowo jak Dania (nazwa kraju), każe się nam pisać obecnie przez „i”, skoro dawniej pisano je przez „j” i skoro „j” nadal w języku polskim istnieje. Można by to łatwo zrozumieć, gdyby wymowa się zmieniła i gdyby można powiedzieć, używając identycznie brzmiących słów, że „Dania zaprezentowała dania, które uzyskały pierwszą nagrodę na konkursie”. Okazuje się jednak, że tak wcale nie jest! Byłoby to zbyt proste. W niektórych podręcznikach zaznacza się nawet, że chociaż słowo to pisze się obecnie przez „i”, należy wymawiać je nadal tak, jak gdyby pisano je przez „j”. Dlaczego więc zmieniano pisownię? Tajemnica. Dlaczego „naraz” pisze się w jednym słowie, a „na razie” w dwóch? Zagadka. Dlaczego pisownia zwrotu „w oka mgnieniu”, zmieniła się w oka mgnieniu — czyli między dwoma wydaniami „Zasad pisowni polskiej” Jodłowskiego i Taszyckiego (tego z roku 1954 i tego z roku 1970), przeskakując z dwóch słów na trzy? Nie wątpię, że zadecydowały o tym bardzo ważkie względy, ale zmiany te wydawały się nam tu, za granicą, całkowicie arbitralne, jeśli nie spowodowane kompleksem niższości wobec Anglików, których pisownia — ze względów historycznych — jest jeszcze bardziej skomplikowana od naszej. Sprawa była dla nas tym bardziej kłopotliwa, że przez długie lata nie mieliśmy prawie żadnego dostępu do książek, zwłaszcza słowników, wydawanych w Kraju.

„Narodowiec” starał się, jak mógł, pisać poprawną polszczyzną, mimo tylu braków. Przede wszystkim, jednak, mierzy wartość tekstu zawartymi w nim myślami i jasnością, z jaką, zostały wyrażone. Wartość literacka przechodziła, siłą rzeczy, na dalszy plan.

Wachlarz wyrażanych myśli był bardzo szeroki od porad kulinarnych i przygód pociesznego Rafała Pigułki do rozważań politycznych w przełomowym okresie dziejów Polski, a także dociekań filozoficznych, poezji i prozy literackiej oraz artykułów o tematyce religijnej.

Gdy zaproponowano mi wygłoszenie tego referatu, chciano ażebym mówił o języku „Narodowca”. Byłby to referat bajecznie krótki, gdyż wyczerpałby temat jednym zdaniem, stwierdzającym, że «odrębnego języka „Narodowca” nigdy nie było>). Pojawiały się natomiast na jego łamach różne style językowe, odzwierciedlające bardzo szeroki zasięg jego posługi Wychodźstwu. Pisywała do nas Zofia Kossak-Szczucka — zaprzyjaźniona z moją matką, filozof Lutosławski, Ignacy Paderewski, Stanisław Mikołajczyk, Karol Popiel, Marian Seyda — którego przyjaźń z moim ojcem sięgała zeszłego wieku, minister Stroński — nasz przedwojenny korespondent krajowy, hrabia Adam Romer — szef gabinetu gen. Sikorskiego i długoletni nasz korespondent londyński, profesorowie Gloser i Kot, Jędrzej Giertych, generał Modelski, arcybiskup Gawlina, kardynał Rubin i liczne inne osoby, które chyba potrafiły posługiwać się poprawną polszczyzną. Pojawiały się jednak także teksty o mniej wygładzonym stylu, pochodzące od różnych działaczek i działaczy robotniczych i chłopskich, a także od prostych czytelniczek i czytelników naszego pisma. To właśnie ta różnorodność stylistyczna i przystępność myślowa łączyły szczególnie silnie szeroki ogół emigrantów z „Narodowcem” i zwiększały zaufanie do naszego dziennika.

Rzecz jasna, w „Narodowcu” pojawiały się także błędy. Były one nieuniknione mimo całej naszej czujności. Errare humanum est — mawiali już starożytni Rzymianie, i „Narodowiec” nie stawiał pod tym względem wyjątku.

Główną przyczyną błędów w naszym piśmie był pośpiech którego skutki pogarszał wzrastający brak personelu — zwłaszcza młodego personelu, znającego zarazem język polski i francuski. Przypominam sobie jak, pod koniec lat sześćdziesiątych, zwiedzałem zakłady największego francuskiego dziennika regionalnego „Ouest-France”. Redakcja tego pisma liczyła wówczas 256 współpracowników.

W przeciwieństwie do tej pletorycznej sytuacji, redakcja „Narodowca” w ostatnim okresie istnienia pisma składała się z dwóch dziennikarzy (ze mną włącznie) i trzech sił pomocniczych. A przecież w obu wypadkach zarówno format pisma jak i objętość materiału redakcyjnego — za wyjątkiem ogłoszeń wiadomości i lokalnych — były mniej więcej, takie same. Ponieważ nadchodzące z zewnątrz korespondencje polskie napisane były najczęściej „po polskiemu”, a nie po polsku, poświęcać musiałem kilka godzin dziennie samemu tylko poprawianiu błędów, zarówno różnych autorów jak i zecerni. Mocowałem się takimi zdaniami jak: „Dwóch osób wszedł do baru” albo „Turk przyjechał do Portugal”.

Denerwowało to zresztą bardzo niektórych młodszych zecerów którzy musieli poprawiać bezpłatnie własne błędy.

Jednym z powtarzających się najczęściej u nich argumentów było zapewnienie, że „Szymańska i tak zrozumie!” — przy czym pojętna ta kobieta nie była żadnym uosobieniem nadludzkiej mądrości, lecz symbolem przeciętnej gosposi w golach robotniczych.

Poważniejszym argumentem było przypomnienie, że każda poprawka opóźniała ukazanie się pisma, na które ani pociągi ani autobusy nie czekały. Często jednak narażałem się na to opóźnienie, gdyż byłem świadom, że dla tysięcy wychodźców „Narodowiec” stanowi jedyną więź z językiem ojczystym.

Ażeby odpowiednio docenić znaczenie tej więzi, należy pamiętać, że wiele osób uczyło się czytać i pisać po polsku na „Narodowcu” — i to nie tylko tu, we Francji, ale także w Niemczech Zachodnich jeszcze za czasów westfalskich. Wśród tych osób znajdował się, między innymi, późniejszy premier Polski, Stanisław Mikołajczyk, syn emigrantów polskich do Westfalii-Nadrenii. Sam opowiadał mi potem o tym długu wdzięczności, zaciągniętym wobec mojego Ojca, oprowadzając mnie po Waszyngtonie i Nowym Jorku z okazji kongresu prasowego w USA.

Rola „Narodowca” jako nauczyciela języka polskiego była więc ogromnie ważna, nawet przed pierwszą wojną światową. Znaczenie jej wzrosło jeszcze bardziej po drugiej wojnie światowej, gdy wychodźstwo polskie na zachodzie było, w swej ogromnej większości, odcięte od Ojczyzny.

Młode pokolenia, urodzone i wychowane na obczyźnie, ulegały już wówczas stopniowemu wynarodowieniu, ale nawet starsze pokolenia wykazywały coraz większą skłonność mieszania języka polskiego z językiem kraju zamieszkania. Na terenie Wielkiej Brytanii, gdy emigrant polski nadepnął partnerce na odcisk podczas tańca, nie mówił jej „Przepraszam!”, lecz „Jestem sorry!”. We Francji, syn górnika polskiego kupował sobie „godosy”, a nie trzewiki.

Zjawisko to dotyczyło nawet ludzi, którzy opuścili Polskę z dyplomem uniwersyteckim w kieszeni. Jeden z tych panów zapytał mnie kiedyś z oburzeniem: „Jaki to idiota napisał w moim tekście „orzeł” przez „rz”. Napisałem przecież wyraźnie „orzeł” przez „ż”!” Odpowiedziałem mu, że to ja byłem tym idiotą i poradziłem zajrzeć do słownika. Nie wiem, czy to zrobił.

Nawet w samym „Narodowcu” starsi zecerzy nazywali nieraz skład zecerski „zatzem”. Była to naleciałość westfalska.

Fakt ten przypomina nam, ze walka „Narodowca” o język polski rozpoczęła się w Niemczech zachodnich w roku 1909. Nowo powstałe pismo było wówczas czytane przez emigrantów, którzy opuścili Polskę kilkadziesiąt lat wcześniej — przeważnie po roku 1870. Jeżeli dziś jeszcze, 120 lat później, język polski rozbrzmiewa we Francji, w krajach Beneluksu i w Niemczech Zachodnich, to w dużej mierze zasługa naszego dziennika.

W ciągu 80 lat istnienie „Narodowca” — jednego z najstarszych dzienników w świecie — jego walka o język polski natrafiała na różne przeszkody.

W pierwszym okresie swej działalności, pismo nasze walczyło z hakatą i zaborcą pruskim nie tylko o język, lecz o samo istnienie narodu polskiego. Była to walka bez pardonu — co przypomina nam artykuł wstępny pierwszego numeru „Narodowca” z roku 1903. Tytuł ten brzmi wymownie: „Polakożercy przeciwko Narodowcowi”. Przywiozłem tu fotokopię pierwszej strony tego numeru. Kto chce, może się zapoznać z treścią tego artykułu. Przekona się on, że ojciec mój nigdy nie cierpiał na nadmierną nieśmiałość w walce z niemczyzną.

Gdy był jeszcze uczniem w gimnazjum gnieźnieńskim, późniejszy założyciel „Narodowca” został skazany na więzienie za potajemne uczenie się języka polskiego i literatury polskiej w kółku filomatów (donosi o tym, między innymi „Le Petit Journal” z 20 lutego 1903 r.). Mając zaledwie 19 lat, ojciec mój przejął redakcję „Gazety Gdańskiej”, której kierownika skazano na więzienie za „obrazę majestatu kajzera”. Krótko potem Brejski zaproponował mu prace w redakcji „Wiarusa Polskiego” — dziennika założonego w r. 1893 przez ks. Lisa. Umożliwiło to mojemu ojcu studia na uniwersytecie w Monasterze. Wyższe studia były mu bowiem zakazane na terenie Prus od czasu procesu filomatów gnieźnieńskich.

W r. 1905, jako redaktor „Wiarusa Polskiego” ojciec mój bronił publicznie antyniemieckiego ministra francuskiego Delcassé i, ku wściekłości Niemców, zapowiadał, przyszłe zmartwychwstanie Polski. Przywiozłem tu Państwu fotokopie pierwszej strony pisma „Westfalische Allgemeine Zeitung” ze środy 18 października 1905 roku. Artykuł wstępny poświęcony jest tej sprawie i bardzo ostro napada na mojego ojca.

Dnia 17 sierpnia r. 1919, dzięki poparciu swoich pism westfalskich „Narodowca”, „Narodu” i „Pochodni” oraz dzięki pracy ochotniczej różnych członków personelu tych pism (w tym mojego późniejszego szwagra, Jana Fojcika) ojciec mój wydał w Gliwicach — a więc w samej paszczy niemieckiego drapieżnika — pierwszy numer „Sztandaru Polskiego”. Był to pierwszy dzień pierwszego Powstania Śląskiego. Ojciec mój walczył wówczas nie tylko o język polski lecz o polskość na Śląsku, stając się rzecznikiem powstańców i ich oficjalnym łącznikiem z Rządem polskim. Przywiozłem także fotokopię pierwszego numeru „Sztandaru Polskiego” oraz fotokopię legitymacji wydanej ojcu przez Komisariat Naczelnej Rady Ludowej, dyplomu członka honorowego Związku Powstańców Śląskich i artykułu niemieckiego komisarza plebiscytowego Kaffankego, zarzucające ojcu uprawianie terroryzmu. Są to dowody materialne wkładu „Narodowca” w walkę, nie tylko o język polski na wychodźstwie, lecz o polskość Polski i jej śląskiej prowincji, oderwanej przez 600 lat od Macierzy.

Nastąpiło wówczas zjawisko, które określić by można jako paradoksalne odwrócenie sytuacji normalnej. Wychodźstwo polskie, zamiast utwierdzać swój język ojczysty i polskość u siebie przez Kontakt z Polską samo zaczęło wspierać wydatnie Polskę w jej walce o niepodległość! Wyraziło się to nie tylko wkładem emigracji w walkę o Śląsk, lecz także chlubną epopeją bajończyków w r. 1915 i utworzeniem, dwa lata później 100—tysięcznej Błękitnej Armii gen. Hallera.

W roku 1922 rozpoczęła się masowa emigracja Polonii westfalskiej i Polaków z Kraju do Francji. „Narodowiec” założył wówczas biuro w Lens i przeniósł się do tego miasta w r. 1924. Przywiozłem tu także fotokopie pierwszego numeru naszego pisma wydanego we Francji.

W okresie międzywojennym, emigranci polscy w Europie Zachodniej uważali przeważnie swój pobyt w Europie zachodniej za tymczasowy. Wielu z nich było zgrupowanych w skupiskach zwanych „koloniami”. Mieli tam księdza polskiego, polskiego nauczyciela, często polską szkołę i salę służącą do zebrań lub różnych imprez artystycznych i sportowych.

Z punktu widzenia językowego, głównym problemem nie była wówczas walka o utrzymanie mowy ojczystej, lecz zwalczanie rozbijającej wychodźstwo dzielnicowości.

Podczas wojny, ojciec mój — współorganizator 100—tysięcznej Armii Polskiej we Francji i bliski współpracownik gen. Sikorskiego — został w Londynie wiceprezesem Rady Narodowej, w której reprezentował Stronnictwo Pracę i Emigrację. „Narodowiec”, zwieszony 21 maja 1940 roku na skutek załamania się Francji pod naporem niemieckim, nie mógł spełniać swojej misji nauczyciela języka polskiego, ale jego dyrektor bronił bardzo aktywnie wszystkich interesów wychodźstwa.

Po wojnie nastąpiły kolejno trzy okresy w życiu naszego pisma. Każdy z nich związany był z dziejami języka polskiego na emigracji.

W pierwszym okresie, który trwał grosso modo do r. 1960, wychodźstwo polskie w Europie zachodniej, zasilone napływem masowym byłych żołnierzy wojsk polskich, nie natrafiało jeszcze na wielkie problemy z językiem ojczystym. „Narodowiec” osiągnął wówczas swój największy nakład: 57.000 egz.

O ścisłym związku między polskością, językiem polskim i naszym pismem świadczy najlepiej przykład pewnego czytelnika zmarłego w domu starców. Po jego śmierci, jego znajomy doniósł nam listownie, iż rodak ten kazał się pochować z obrazkiem Matki Boskiej Częstochowskiej w jednej ręce i „Narodowcem” w drugiej. „Przez całe życie — wyjaśnił koledze — byli to moi jedyni przyjaciele”. „Narodowiec” był wówczas nie tylko jedynym polskim dziennikiem niepodległościowym na kontynencie europejskim, ale był także czytany w USA, Kanadzie, Afryce Południowej, Australii i Nowej Zelandii. Przywiozłem tu fotokopię wiersza pod tytułem „Współczesna Rodzina”, który napisałem na życzenie ks. Jaworskiego, rektora Polskiej Misji Katolickiej w Afryce Południowej.

Po roku 1960 rozpoczęły się nowe trudności. Młodsze pokolenia emigracyjne nie odczuwały już tak silnie więzów z Macierzą. Nie tylko mieszały się one coraz bardziej ze środowiskiem kraju zamieszkania, ale polityczne odcięcie od Kraju, pozostającego pod obcą okupacją i dyktaturą, przytłumiały coraz bardziej uczucia patriotyczne ogółu. Rozpoczęły się, co prawda, wówczas wyjazdy indywidualne na wakacje i odwiedziny w Polsce, ale zjawiska te nie stanowiły dostatecznej przeciwwagi dla wynarodowienia. Zamykanie kopalń, rozpraszania się emigrantów i ich potomków oraz wzrastający wpływ środków masowego przekazu, zwłaszcza telewizji, na środowisko, utrudniały coraz bardziej utrzymywanie tradycyjnych form życia emigracyjnego.

Do tego dochodzi, że między pokoleniami emigracyjnymi dawały się coraz bardziej we znaki różnice poziomu wykształcenia i zamożności, przyspieszające wynaradawianie się emigrantów. Nietrudno, bowiem zrozumieć, jak boleśnie młody inżynier, adwokat, lekarz czy profesor mógł odczuwać różnice między ogładą i bogactwem języka, jakim posługiwał się w środowisku francuskim, a stosunkowym ubóstwem i gwarowością języka rodziców w domu. Przyznawanie się do znajomości języka polskiego wymagało w takich wypadkach dużej siły charakteru. Narażało, bowiem na ośmieszenie i utratę twarzy w kontaktach z osobami wykształconymi i wywoływało uczucie obcości w łonie własnej rodziny. W środowisku polskim, w którym pozory liczą się nieraz bardziej od treści, czynnik ten musiał odgrywać dużą, może nawet ogromną rolę.

Ostatni, trwający jeszcze okres życia emigracyjnego rozpoczął się z nadejściem „Solidarności”. Walkę tego Związku o niepodległość Polski nie tylko podziwialiśmy wszyscy na emigracji, ale wszyscy staraliśmy się popierać ją czynnie.

Oto, na przykład, jeden z licznych wierszy, jakie napisałem wówczas w ramach tej akcji:

W DRUGĄ ROCZNICĘ „SOLIDARNOŚCI”

Chcieli Orla zmienić w knura,
Chcieli, by Ojczyzna chora,
Zamiast śnić o orlim wzlocie,
Z nimi się tarzała w błocie
Jak maciora!
Chcieli skraść nam serce, dusze
I Kraj cały zmienić w głuszę!

Chcieli, by im lizał buty
Polski lud upokorzony,
Polski lud upokorzony,
Chcieli, by ich jadem truty,
Z ideałów swych wyzuty
Dziobem WRON-y,
Garnął się na odgłos bata
Resztką sił pod jarzmo kata!

Chcieli, by za kromkę chleba
Chcieli, by im lizał buty
By zmiażdżyła go potrzeba,
Chcieli zmienić jasność nieba
W smród więzienia!
Polskę stoczni stoczyć w wodę
Ród Piastów zmienić w trzodę!

Chcieli poprzez swych siepaczy
Skończyć z Polską demokracją,
Zmienić wodzów jej w tułaczy
Polskę stoczni stoczyć w wodę
Ród Piastów zmienić w trzodę!
Lub do czynów pchnąć rozpaczy
Prowokacją!
Chcieli zmienić nas, Sarmatów,
W ślepe mrowie automatów!

Chcieli.., do to nędzne plemię,
Błazny na zaborczym żołdzie,
Wraże nam narzucić brzemię,
Chcieli oddać polską ziemię
Obcym w hołdzie!

Chcieliby Naród wiedział
I jak mysz pod miotłą siedział!

Ale Orzeł to nie wrona:
Ścierwem się nie zadowoli!
Żaden bat Go nie pokona,
Żadna w błoto przemieniona
Toń niewoli!
Chociaż długo cierpieć musi,
W końcu żmiję w gnieździe zdusi

Choć Go dławi gwałt ponury,
Sam się gwałtem nie poniża
W blask wpatrzony Jasnej Góry
Walczy Ptak ten białopióry
Mieczem Krzyża!
W Nim moc jego, w Nim opieka,
W Nim zwycięstwo praw człowieka!

Jaka jest przyszłość języka polskiego na wychodźstwie?

Jest prawdopodobne, że zamierzone przystąpienie Polski do Wspólnoty Europejskiej spowoduje nowy napływ emigrantów do Europy zachodniej. Znikną bowiem przeszkody, które dotychczas utrudniały, czy nawet uniemożliwiały większe przemieszczanie się ludności z Polski na Zachód. Czy jednak nowi emigranci, pozbawieni bodźca walki o niepodległość, okażą takie samo przywiązanie do języka polskiego jak ich poprzednicy? Jedno jest pewne: więzy miedzy Polską a Zachodem zacieśnia się jeszcze bardziej otwierając nowe perspektywy handlowe, turystyczne, kulturalne itd. dla języka polskiego. Jest zupełnie możliwe, iż turystyka w Polsce odegra w przyszłości ważniejszą od szkolnictwa i prasy rolę w utrzymaniu języka polskiego na wychodźstwie.

Do tego dochodzi, iż znajomość języka polskiego jest nie tylko celem samym w sobie — choć ten jej aspekt pozostaje dla Polaków bardzo ważny — ale, przede wszystkim, środkiem do zachowania polskości. Chodzi obecnie o to, by wszystkie atuty Wychodźstwa wykorzystać dla zbliżenia krajów zamieszkania emigrantów z Polski. Gdy zbliżenie to istotnie nastąpi — z korzyścią dla wszystkich — wówczas walka o język polski rozpowszechni się znacznie samorzutnie, nie tylko wśród potomków emigrantów polskich, ale nawet wśród osób niepolskiego pochodzenia a wszyscy ci, którzy wraz ze mną walczyli za pośrednictwem „Narodowca” o utrzymanie tego języka na wychodźstwie, będą mogli stwierdzić z satysfakcją, że trudy ich nie były daremne.

Tagi

Więcej o Autorze (Autorach)

0raz Pozostałe Publikacje tego Autora (ów)

Michał Kwiatkowski

Michał Kwiatkowski, wieloletni wydawca i dyrektor polskiego socjalistycznego pisma "Narodowiec" wydawanego we Francji. Syn Michala Franciszka Kwiatkowskiego - założyciela tegoż pisma. Gość Stałej ...

Copyrights

COPYRIGHTS©: STAŁA KONFERENCJA MUZEÓW, ARCHIWÓW I BIBLIOTEK POLSKICH NA ZACHODZIE
CAŁOŚĆ LUB POSZCZEGÓLNE FRAGMENTY POWYŻSZEGO TEKSTU MOGĄ ZOSTAĆ UŻYTE BEZPŁATNIE PRZEZ OSOBY TRZECIE, POD WARUNKIEM PODANIA AUTORA, TYTUŁU I ŹRÓDŁA POCHODZENIA. AUTOR NIE PONOSI ŻADNEJ ODPOWIEDZIALNOŚCI ZA NIEZGODNE Z PRAWEM UŻYCIE POWYŻSZEGO TEKSTU (LUB JEGO FRAGMENTÓW) PRZEZ OSOBY TRZECIE.

Stała Konferencja Muzeów, Archiwów i Bibliotek Polskich na Zachodzie | MABPZ

Stała Konferencja
Muzeów, Archiwów i Bibliotek Polskich na Zachodzie

Sekretariat

Muzeum Polskie w Rapperwsilu
Schloss Rapperswil
Postfach 1251
CH-8640 Rapperswil
Schweiz

Kontakt

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
+41 (0)55 210 18 62

UWAGA

Z Sekretariatem MABPZ
prosimy kontaktować się tylko w kwestiach dotyczących Konferencji.

Niniejszy portal internetowy Stałej Konferencji Muzeów, Archiwów i Bibliotek Polskich na Zachodzie (MABPZ) został zainicjowany i był prowadzony do 2018 roku przez pracowników Polskiego Instytutu Naukowego w Kanadzie i Biblioteki im. Wandy Stachiewicz.
www.polishinstitute.org

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych
www.mkidn.gov.pl

Przy współpracy z Fundacją Silva Rerum Polonarum z Częstochowy
www.fundacjasrp.pl

Od 2020 r., projekt finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu pochodzących z Funduszu Promocji Kultury - państwowego funduszu celowego; dzięki wsparciu Narodowego Instytutu Polskiego Dziedzictwa Kulturowego za Granicą - Polonika
www.polonika.pl

Deklaracja dostępności strony internetowej
Deklaracja PDF pobierz

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Fundacja Silva Rerum Polonarum Częstochowa
Instytut Polonika