Skip to main content

Polska emigracja wojenna w Argentynie po Drugiej Wojnie Światowej (1947-1952)

Referat wygłoszony na XLVII sesji Stałej Konfrencji MABPZ - Rzym 2025 r.

Polska emigracja wojenna w Argentynie po Drugiej Wojnie Światowej (1947-1952)

Referat wygłoszony na XLVII sesji Stałej Konfrencji MABPZ - Rzym 2025 r.

Dlaczego warto powiedzieć parę słów właśnie o tej części polskiej diaspory, która po II Wojnie Światowej znalazła się w Argentynie, a o której od czasów PRL’u prawie nic się nie słyszało? Oblicza się, że do Argentyny z Anglii wyemigrowało około 20 tysięcy polskich rodzin wojskowych. Ale ja do dziś spotykam się z pytaniem od przyjaciół w Polsce: aż tak dużo was wyjechało do Argentyny?

Faktycznie. Dość dużo. Być może nie mówiło się o tym, bo w porównaniu z innymi bardziej typowymi krajami osiedlenia, egzotyczna i kulturowo hiszpańska Argentyna, była gdzieś na końcu świata, mimo że Australia, która nam się wydawała jeszcze bardziej odległa od Europy, jako część British Commonwealth była jakby bardziej swojska.

Ale w rezultacie na tym właśnie „egzotycznym” terenie powstał skrawek Polski przedwojennej, inteligenckiej, o zdecydowanych postawach patriotycznych i na podłożu polskiej kultury, w założeniu dość podobny do tego który po wojnie pozostał w Wielkiej Brytanii, z którego ta grupa argentyńska się wywodziła.

Nasz transport do Argentyny finansował rząd brytyjski, który już wtedy chętnie pozbywał się tysięcy uchodźców wojennych. Płynęliśmy z portu Southampton statkiem Winchester Castle należącym do Union Castle Line, który do wojny kursował między Anglią a Kapstadtem jako statek pocztowy. Regularnie co czwartku wypływał z portu Southampton. W 1940 roku został zarekwirowany do transportu wojska, następnie w 1947 do transportu zdemobilizowanych polskich DiP’isów.

W naszym transporcie było około 900 pasażerów, przeważnie rodziny wojskowe. Kobiety i mężczyźni mieli osobne kabiny na 6-8 osób. Ja płynęłam z moją matką i ojczymem: matka Zofia Maria Bożena Hoffmanowa primo voto, Angermanowa secondo voto - ppłk PWSK, magister prawa, absolwentka Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie; ojczym: kpt Karol Zenon Angerman, dowódca Kompanii Warsztatowej Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich, inżynier mechanik, absolwent Politechniki Lwowskiej. W naszej kabinie poza moją matką i mną, były jeszcze dwie panie z trójką dzieci.

W dzień odjazdu na pokładzie przy burcie setki pasażerów, morze białych chusteczek trzepoczących na wietrze, okrzyki tych na statku i tych na brzegu, śmiechy i obfite łzy. Ogłuszający ryk syreny okrętowej i huk silników. Przy dźwiękach polskiej orkiestry wojskowej wypłynęliśmy z portu Southampton 4-ego października 1948 r. W pięć dni później ukończyłam dziesięć lat.

Nasza trasa była dłuższa niż ta do Południowej Afryki. Trwała 14 dni. Przekroczenie Równika miało być specjalną okazją, ale spaliło na panewce z powodu mgły i deszczu.

Wreszcie 19-ego października dopłynęliśmy do zatoki, którą tworzy krótka rzeka, ale najszersze ujście w świecie, Rio de La Plata, czyli Rzeka Srebra, tak nazwana przez odkrywców hiszpańskich w szesnastym wieku. Po stronie argentyńskiej, Buenos Aires; vis-à-vis, po stronie Urugwaju, Montevideo, dwie stolice sąsiednich państw. 

U ujścia rzeki, po stronie urugwajskiego brzegu, widoczny był wrak okrętu wojennego, krążownika niemieckiego, Admirał Graf Spee, zwanego przez Anglików pancernikiem kieszonkowym (pocket cruiser) zatopionego przez załogę 17 grudnia 1939, po bitwie na rzece z połączoną angielsko-francuską flotą. Kiedy sytuacja okazała się beznadziejna, kapitan Graf Spee, Hans Langsdorff, postanowił zdjąć załogę z okrętu i przesłać na brzeg do neutralnego Urugwaju. Sam z pokładu zszedł ostatni. Zatopiony okręt przez dwa dni płonął w płytkich wodach zatoki. 20-ego grudnia Kapitan Langsdorff, ubrany w pełny mundur galowy, zastrzelił się w pokoju hotelowym w Buenos Aires.  Było to pierwsze duże starcie okrętów w Drugiej Wojnie Światowej[1].

Tuż przed wyjazdem z Londynu dostałam w prezencie od koleżanki mojej matki, Kazimiery Jaworskiej, zeszyt jako dzienniczek, w którym miałam nakazane pisać codziennie. „Pamiętaj o danym słowie”, napisała pani Kazia. Tak w nim opisałam nasz przyjazd:

19.X.1948

Dzisiaj jest ruch wielki. Mamy jutro wysiadać. Wydają różne rozkazy. Każą się ciągle gdzieś zgłaszać. Wszyscy stracili głowę. Teraz całą noc mamy stać w zatoce. Bo od jednej godzin Argentyńczycy biorą ileś tam shillingów. Z dala widać czerwone światła, ale to nie jest jeszcze Buenos Aires. Teraz ma być „Dancing”. Ah! Kiedyż wreszcie będziemy wysiadać!

Następnego dnia rano podpłynęła do nas łódź z polskimi i argentyńskimi urzędnikami i przez większą część dnia odbywała się inspekcja i kontrola dokumentów. Po zakończeniu, urzędnicy odjechali pierwsi i dopiero wtedy, około trzeciej po południu, zaczęli wysiadać pasażerowie. Zejście ze statku trwało ponad dwie godziny.

W porcie Buenos Aires był hotel „dla emigrantów” gdzie można się było zatrzymać i wiele osób z tego korzystało. Ale mój ojczym kategorycznie sprzeciwił się temu żebyśmy z mamą tam mogły nocować. Przez kolegów Tobrukczyków, którzy już wcześniej przyjechali, mieliśmy zamówiony pokój w normalnym hotelu.

Znaczna część tych nowych polskich emigrantów osiedliła się w Buenos Aires i miejscowościach okolicznych, czyli tak zwanym Gran Buenos Aires; ale też wielu zamieszkało w innych większych miastach: Rosario w prowincji Santa Fe, Córdoba w prowincji o tej samej nazwie, czy też w Mendozie, u podnóża Andów.

Nasza emigracja, przy bardzo skromnych warunkach finansowych – bo przecież wojskowi z Armii Andersa nie mieli emerytur weterańskich – stworzyła społeczność polską zupełnie unikatową. Według mnie, na to złożyły się bardzo specyficzne warunki, wynikające z charakteru naszego społeczeństwa, ale też częściowo z lokalnych warunków argentyńskich.

Otóż ten odłam polskiej emigracji powojennej w Argentynie składał się w dużej mierze z ludzi z klasy średniej i wykształconej, wojskowych i ich rodzin przyzwyczajonych do dyscypliny.  

W artykule opublikowanym przez Circulo Cultural Polonés (La Plata 9/1/2022) autorka zwięźle streszcza cechy tej trzeciej fali polskich emigrantów w odróżnieniu od wcześniejszych emigracji zarobkowych:

Inne były jej motywacje (polityczne, a nie ekonomiczne), inny skład socjalny (znacznie większy udział wyższych i średnich warstw społecznych), inny rozkład płci (zdecydowana przewaga mężczyzn), inny typ przygotowania zawodowego (przewaga wojskowych i osób z wykształceniem technicznym)[2].

Dlatego też, w dość krótkim czasie powstała społeczność polska dobrze zorganizowana, do czego przyłożyły się warunki lokalne, które stworzyły żyzny grunt.

Pod parasolem Związku Polaków w Argentynie powstały liczne instytucje, które stworzyły silne podłoże dla życia społecznego i dla polskiej kultury:

  • Macierz szkolna,
  • Harcerstwo,
  • Biblioteka,
  • Stowarzyszenie Kombatantów,
  • Związek Lotników Polskich,
  • Związek Tobrukczyków
  • Gazeta – Głos Polski – założona w 1921 roku przez „starą emigrację zarobkową” z czasem zmieniła charakter na modłę londyńskiego Dziennika Żołnierza pod redakcją Romana Dąbrowskiego, przedwojennego dziennikarza, prawnika i korespondenta wojennego
  • Polska księgarnia,
  • Chór Szopena,
  • Teatr i balet,
  • Klub Polski - intelektualnie nieco elitarny,
  • Klub Polek - zaangażowany w problemy rodzinne i społeczne,
  • Stowarzyszenie Studentów i Absolwentów Polskich w Argentynie,
  • SOS – Stowarzyszenie Opieki Społecznej,
  • Kościół Polski Matki Boskiej z Guadalupe w Buenos Aires,
  • Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Polskich w Argentynie, SITP (przy ulicy Balcarce), przy którym powstała Rodzina Techniczna, gdzie urządzano herbatki i potańcówki dla młodzieży, pod czujnym okiem pań z Rodziny Technicznej.

W tym czasie prezydentem Argentyny był Generał Juan Domingo Perón, wybrany dużą większością głosów w 1946 roku. Gospodarka argentyńska polegała głównie na rolnictwie, a ogromne dostawy zboża i mięsa do zdewastowanej wojną Europy podniosły znacznie dobrobyt w kraju. Perón postanowił uprzemysłowić gospodarkę i zaczął się popyt na emigrantów z technicznym wykształceniem.

Mimo że Argentyna w tym czasie liczyła zaledwie około 15 milionów mieszkańców, szybko zakorzeniły się liczne firmy samochodowe takie jak General Motors (Chevrolet), Ford, Studebaker, Mercedes-Benz, Peugeot, Volkswagen, stwarzając atrakcyjny rynek pracy.

Natomiast grupa polskich inżynierów z Drugiego Korpusu armii generała Andersa, otrzymała uprzywilejowany status wizowy dla przemysłu argentyńskiego wojskowego, Fabricaciones Militares. Jednym z tych polskich fachowców był pułkownik inżynier Roman Czekalski, znakomity specjalista od balistyki. Szybko powstało stowarzyszenie inżynierów i techników polskich na terenie Argentyny (SITP). Do tej licznej grupy należało też dwóch geologów: Wlekliński i Nieniewski. Ten drugi, Gucio dla przyjaciół, żołnierz SBSK, człowiek o niesłychanej odwadze i fenomenalny brydżysta, znany był z tego, że potrafił szklany kieliszek obgryźć do samej nóżki.

Jednak po pierwszej kadencji Peróna (1946-51) sytuacja w kraju zaczęła się znacznie pogarszać i z El Dorado z czasem Argentyna zmieniła się w kraj gospodarczo trudny z powodu ekonomicznej huśtawki i korupcji w rządzie. Ważną rolę w polityce odgrywała w tych latach żona prezydenta, Evita (Eva Maria Duarte de Perón) młoda kobieta o dużym charyzmacie, która stała się bożyszczem mas robotniczych. Jej książka, pod tytułem „La Razon de mi Vida” (Cel Mojego Życia) stała się obowiązkową lekturą w szkołach zarówno publicznych jak i prywatnych. Ponoć celem jej troski byli „los descamisados” czyli „bez-koszulkowcy”, symbolicznie na modłę „sans-culottes” rewolucji francuskiej.

Niektórzy Europejczycy, tak jak Włosi, którzy natychmiast po wojnie masowo przyjeżdżali do Argentyny, zaczęli teraz wracać do Włoch.  My, polscy emigranci polityczni, nie mieliśmy dokąd wracać.

Po wyborach w 1951 roku, z wynikiem sfałszowanym na korzyść partii Peronistycznej, dla Peróna rola Evity stała się kluczowa, ażeby utrzymać go u władzy. Ale w lipcu 1952 Evita zmarła na raka w wieku 33 lat. Gospodarka zaczęła dołować, rozpoczęły się masowe rozruchy i tłumione bunty, również w wojsku. Odkryto zwłoki robotników kolejowych gdzieś przy torach. Paliły się budynki opozycji, w centrum miasta elitarny Jockey Club, siedziba oligarchii argentyńskiej, czyli właścicieli wielkich latyfundiów, w którym znajdowała się wspaniała stara biblioteka, spłonął, jak również i pałac arcybiskupi, W ostateczności, po kilku nieudanych próbach rewolucji, przeważyła marynarka wojenna i w 1955 roku Perón uciekł z kraju na paragwajskiej kanonierce, którą mu podesłał kolega dyktator, Alfredo Stroessner. Nastąpiły rządy junty wojskowej i sytuacja znacznie poprawiła się na następnych kilka lat.

Zaledwie w parę lat po naszym przybyciu, z groszowych datków społecznych, został zakupiony budynek - Dom Polski – czyjaś dawna rezydencja, z dużą salą ze sceną, w centrum miasta w doskonałym punkcie, przy ulicy Serrano, o parę kroków od Plaza Italia. Budynek został odrestaurowany wysiłkiem społecznym i tam umieścił się Związek Polaków, redakcja gazety Głos Polski, oraz szereg instytucji, ale nie wszystkie, bo niektóre miały już swoje lokale – jak na przykład Stowarzyszenie Inżynierów i Techników czy Kombatanci. Życie społeczne odbywało się we wszystkich siedzibach, zależnie od celu i potrzeby.

Tu chciałabym zaznaczyć, że stworzenie takiej społeczności stało się możliwe też dzięki bardzo specyficznym cechom ludności argentyńskiej: życzliwości wobec cudzoziemców, tolerancji, braku nacisku na asymilację i wynarodowienie, czyli ogólnie łacińskie laissez-faire, na zasadzie żyj-i-daj-żyć. Przez 20 lat życia w Argentynie, nigdy nie słyszałam czegoś na kształt złośliwych dowcipów, tak zwanych „Polish jokes”, co stało się dopiero częścią mojej „edukacji” emigranckiej w Stanach Zjednoczonych.

Oprócz tej tolerancji Argentyńczyków, drugim ważnym aspektem dla nas, DiPisów, był dostęp do nauki: argentyńskie szkoły publiczne, jak i państwowe uniwersytety były darmowe, bez względu na to czy się miało obywatelstwo czy nie. Dopiero po ukończeniu wyższych studiów sugerowano nam wzięcie obywatelstwa.

Rokrocznie w Domu Polskim odbywały się dwudniowe Sejmiki; zjeżdżali się delegaci z wszystkich instytucji polskich rozsianych po Argentynie i w stylu tradycyjnych wieców, toczyły się typowe debaty, mniej lub bardziej burzliwe. To odbijało się nieraz w sposób humorystyczny na życiu towarzyskim: na przykład na święta narodowe Trzeciego Maja i 11-ego Listopada, zależnie od kierunku politycznego, szło się albo do państwa Żółtowskich (Zbigniew Żółtowski, przedstawiciel rządu RP na uchodźstwie, żona Helena) na komilfo kieliszek wina i ciasteczko, albo do państwa Śliwińskich (Płk. Inż. Stanisław Śliwiński, jeden z pierwszych prezesów tej nowej emigracji, żona Maria) gdzie Pani „Muszka”, pseudonim z Powstania, raczyła gości prawdziwie litewską ucztą. Żartowano, że apolityczni szli i tu, i tam, i że przy tych okazjach apolityczni byli nagle liczniejsi niż zwykle. 

Ogólnie sytuacja materialna naszej emigracji była raczej skromna, ale były jednostki bardziej przedsiębiorcze, które potrafiły stworzyć mniejsze lub większe firmy. Jedną z tych osób był Ryszard Białous, dowódca legendarnego batalionu harcerskiego AK „Zośka”, który brał udział w akcji dywersyjno-sabotażowej w czasie Powstania. Po Powstaniu Białous trafił do niewoli niemieckiej, do obozu Bergen-Belsen. Po uwolnieniu, w 1948 wyemigrował z żoną do Argentyny i osiedlił się w południowej prowincji Neuquen gdzie przez parę lat był ministrem do spraw planowania i rozwoju i dyrektorem generalnym w zarządzie dróg i energii elektrycznej Patagonii. Nadzorował budowę lotniska najwyżej położonego w Ameryce Południowej, w miejscowości Quillen w Andach.

Podobnie, inżynier Zygmunt Kiciński, który był zaangażowany w budowę elektrowni w Gdyni, służył podczas wojny w marynarce, i po przyjeździe do Argentyny został dyrektorem państwowej instytucji, Electrodinie, od dużych instalacji wysokiego napięcia. Po pewnym czasie rząd wprowadził upaństwowienie wielu przedsiębiorstw. Kiciński stworzył spółkę i objął kierownictwo, a jego prawą ręką został młody inżynier, Janusz Francki, były więzień czterech obozów niemieckich. Nowa prywatna spółka nazywała się Adelphia.

Electrodinie nie było jedną z firm niemieckiego Siemensa, ale było powiązane z Siemensem aktywami, które rząd argentyński przejął zaraz po zakończeniu wojny. Była to cała grupa państwowych firm „dinie” (Ferrodinie, Crisoldinie, Metaldinie) właśnie stworzona w 1947 roku przez rząd argentyński po przejęciu aktywów niemieckich kompanii. W przypadku Electrodinie chodziło głównie o firmę Siemens-Schuckert, specjalizującą się w elektrowniach. Te aktywa były pod kontrolą państwa jako Dyrekcja Główna Przemysłu Państwowego. Dirección General de Industrias del Estado (DINIE). Inżynier Kiciński mógł wykorzystać technicznie i handlowo zakumulowaną wiedzę Siemensa do rozwoju Adelphi.

Równocześnie wtedy bardzo wzrosła elektryfikacja na przestrzeni całego kraju. Powstały wielkie projekty infrastruktury w prowincjach Mendoza i Neuquen. Kiciński angażował polskich inżynierów, ale również do administracji przyjmował zawodowych wojskowych którym inaczej byłoby ciężko znaleźć pracę na lepszych warunkach. Biuro świetnie działało na zasadzie wojskowej dyscypliny. Jedną z tych osób był ukochany przez wszystkich pułkownik Jerzy Aleksander Zawisza, człowiek niezwykle skromny, wielkiej kultury, kryształowego charakteru i uroczej osobowości. Pośmiertnie upamiętniony specjalną uchwałą Senatu RP (12 maja 1995 r.) następującej treści:

Senat Rzeczypospolitej Polskiej, pomny zasług generała brygady Jerzego Aleksandra Zawiszy, składa hołd Jego wysiłkom żołnierskim na rzecz wskrzeszenia Polski w 1918 r., obrony niezawisłości w 1920 r. i zachowania niepodległości w 1939 r. Na najwyższy szacunek zasługuje postawa obywatelska i praca społeczna Generała podczas pobytu na emigracji we Włoszech, Wielkiej Brytanii i Argentynie. Senat Rzeczypospolitej stwierdza, że generał Jerzy Aleksander Zawisza dobrze zasłużył się Ojczyźnie.

Ten właśnie aspekt dyscypliny wojskowej w pierwszej instancji odegrał kluczową rolę w scaleniu społeczeństwa i stworzeniu lokalnej naszej kulturowej bazy zapożyczonej z Polski „przedwojennej”, już wtedy nieistniejącej. Następna generacja po moich rodzicach, czyli moja, wychowała się nie tylko w rodzinnym domu, ale również poza domem, w naszym życiu społecznym i towarzyskim o wybitnie polskiej kulturze, które to środowisko nam stworzyło i pielęgnowało. Stąd nasz język polski nie różnił się niczym od mowy naszych rodziców, czyli mowy przedwojennej. Do tego przyczynił się bardzo aktywny teatr, jak również obecność pisarzy takich jak Witold Gombrowicz, nieco kontrowersyjny w tym czasie, czy Florian Czarnyszewicz, „Wróg PRL”. Obaj, jak i znaczna część naszej emigracji, klepali biedę. Równie czynny był balet prowadzony przez Elżbietę (Elę) Niewiadomską, przedwojenną tancerkę, który przyciągał młodzież nie tylko tą najmłodszą, ale też i nieco starszą.

Artykuły publikowane w gazecie „Głos Polski” prowadzonej przez redaktora Romana Dąbrowskiego, doświadczonego przedwojennego dziennikarza, pisane były czystą polszczyzną przez ludzi takich jak Zdzisław Bau, lwowski dziennikarz, korespondent wojenny kwatery prasowej Naczelnego Wodza, współpracownik Radia Głosu Ameryki i Wolnej Europy. Prenumerowaliśmy także londyńskie „Wiadomości” (Wiadomości Literackie przed wojną), wydawane przez redaktora Mieczysława Grydzewskiego, przy biurku w kącie sali w British Library, jak również Kulturę paryską Jerzego Giedroycia; każde z tych pism stanowiło jedyne forum w swojej kategorii dostępne dla najlepszych piór, literatów, publicystów i dziennikarzy, którzy pozostali na emigracji, żeby bronić „wolności słowa”, której w Kraju zabrakło. Czyli my młodzi, mieliśmy dostęp do crème de la crème przed- i po-wojennej literatury, zarówno politycznej jak i czysto literackiej, polskich poetów i pisarzy.

Jako dodatkowy element rozrywkowy, należy dodać kabaret „Copper Kettle” który stworzył „Lopek” Krukowski, przedwojenny warszawski kabarecista; przy mikrofonie szły przedwojenne piosenki, szlagiery i dowcipy, przy akompaniamencie Jerzego Petersburskiego. 

Władze PRL’u konsekwentnie starały się tę naszą emigrację podważać i niszczyć. Padały oferty, atrakcyjne propozycje i zaproszenia do konsulatu, Były osoby, które może wobec trudnych warunków materialnych korzystały z tego, ale w następstwie niestety stawały się pariasami. Niektórzy po powrocie do Kraju pisali paszkwile, pod naszym adresem padały różne epitety, kpiny, nazywano nas „twardo-głowymi” Jedna z tych osób, poetka, Józefa Radzymińska, niezbyt pochlebnie wyrażała się o nas w słowie i w piśmie. To niewątpliwie w tym trudnym pierwszym okresie wytworzyło mentalność „bunkrową” wśród nas, co się przekładało na brak tolerancji i odbijało negatywnie na stosunkach między ludźmi.

Wielu z moich przyjaciół, kolegów i koleżanek, po studiach przeważnie z medycyny albo inżynierii, wyjechało z Argentyny za chlebem. Ale nasza wspólna „argentyńska polskość” stworzyła mocne więzi, które utrzymały się na przestrzeni czasu nawet na odległość i do dziś utrzymują nas, niedobitków tej generacji, w bliskim kontakcie.

Przypisy

[1] Imperial War Museum.

[2] Tak los rzucał nami - Así nos diseminaba el destino, z Mają Tyborską, Ambasada RP w Buenos Aires.

Tagi

Więcej o Autorze (Autorach)

0raz Pozostałe Publikacje tego Autora (ów)

Ewa Krystyna Hoffman-Jędruch

Urodziła się w 1938 roku we Lwowie. Od 1946 roku mieszka poza Polską: w Anglii, Argentynie, a obecnie w USA. Ukończyła inżynierię chemiczną na uniwersytecie stanowym  w Buenos Aires i przez wi...

Copyrights

COPYRIGHTS© STAŁA KONFERENCJA MUZEÓW, ARCHIWÓW I BIBLIOTEK POLSKICH NA ZACHODZIE
CAŁOŚĆ LUB POSZCZEGÓLNE FRAGMENTY POWYŻSZEGO TEKSTU MOGĄ ZOSTAĆ UŻYTE BEZPŁATNIE PRZEZ OSOBY TRZECIE, POD WARUNKIEM PODANIA AUTORA, TYTUŁU I ŹRÓDŁA POCHODZENIA.
AUTOR NIE PONOSI ŻADNEJ ODPOWIEDZIALNOŚCI ZA NIEZGODNE Z PRAWEM UŻYCIE POWYŻSZEGO TEKSTU (LUB JEGO FRAGMENTÓW) PRZEZ OSOBY TRZECIE.

Stała Konferencja Muzeów, Archiwów i Bibliotek Polskich na Zachodzie | MABPZ

Stała Konferencja
Muzeów, Archiwów i Bibliotek Polskich na Zachodzie

Sekretariat

The Polish Museum of America
Muzeum Polskie w Ameryce
984 N. Milwaukee Ave.
Chicago, IL. 60642
USA

Kontakt

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
+1-773-384-3352 [ext. 2111]

UWAGA

Z Sekretariatem MABPZ
prosimy kontaktować się tylko w kwestiach dotyczących Konferencji.

Niniejszy portal internetowy Stałej Konferencji Muzeów, Archiwów i Bibliotek Polskich na Zachodzie (MABPZ) został zainicjowany i był prowadzony do 2018 roku przez pracowników Polskiego Instytutu Naukowego w Kanadzie i Biblioteki im. Wandy Stachiewicz.
www.polishinstitute.org

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych
www.mkidn.gov.pl

Przy współpracy z Fundacją Silva Rerum Polonarum z Częstochowy
www.fundacjasrp.pl

Od 2020 r., projekt finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu pochodzących z Funduszu Promocji Kultury - państwowego funduszu celowego; dzięki wsparciu Narodowego Instytutu Polskiego Dziedzictwa Kulturowego za Granicą - Polonika
www.polonika.pl

Deklaracja dostępności strony internetowej
Deklaracja PDF pobierz

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Fundacja Silva Rerum Polonarum Częstochowa
Instytut Polonika